Stara Gaworówa pojawiała
się w oknie, tak jak by wcale nie szła tylko ktoś ją na deskorolce na stojąco
popychał. W każdym razie nie kiwała się jak by szła, tylko tak jakoś diabelsko
sunęła. Odziana też była nieziemsko. Nie za bardzo jestem w stanie oddać
jak krzyczała ale miało to znamiona okultystycznego rytuału. Musiała się wykrzyczeć od początku do końca i na pewno powoływała się na złe moce. Oczy miała bardzo złe. Zwłaszcza gdy pewnej bezgwiezdnej nocy z Czapelką
skradliśmy jej dywan zawieszony na siatce przed oknami. Od początku do końca
obserwowała cały dramat nie mogąc w żaden sposób zapobiec lub przeszkodzić.
Mogła tylko krzyczeć. Problem polegał na tym że mieszkaliśmy nad nią. Dlatego krzyczała bardzo często. Nazywało się to gadająca podłoga. Trudno przypomnieć sobie czy miała jakieś zęby, czy nie. Na pewno takim metaforycznym był jej sufit. I to takim chorym, z nerwem na wierzchu. Bo jak coś upadło na podłogę albo się wstawało z łóżka to parkiet zaczynał krzyczeć ludzkim głosem. Ze Starej Gaworówy była Młoda Gaworówa czyli wieczne: tyześ tu naloł. Ale o tym to później. |